Wschód słońca ze Śnieżki   fot.B.KopkaDo tego rajdu szykowaliśmy się już od lutego, w marcu została wpłacona zaliczka za noclegi w schronisku Dom Śląski dla 18 osób. Ostatecznie zebrała się grupa aż 21 osób. Z niepokojem śledziliśmy prognozy pogody, bo ciągle padał deszcz. Nieoczekiwanie w dniu naszego wyjazdu 5 czerwca zaświeciło słońce i taka piękna pogoda utrzymała się przez cały rajd.
Wszyscy uczestnicy rajdu przy Słoneczniku   fot. Agnieszka Młyńczak 

Wszyscy uczestnicy rajdu przy Słoneczniku fot. Agnieszka Młyńczak

 Dzień pierwszy

Bez większego problemu udało się wynająć busa, który miał nas zawieźć do Karpacza i odebrać na drugi dzień z Jagniątkowa.

Na szlak wyruszyliśmy w doskonałych humorach, które wzmacniało piękne słońce i niezwykle przejrzyste powietrze. Plecaki mieliśmy dość wypchane, bo większość z nas miała jedzenie na dwa dni i trzeba było też wziąć ciepłą odzież na wschód słońca. Wiadomo, że o świcie zawsze jest najzimniej. Maszerowaliśmy niezbyt szybko. Przed nami przecież całe dwa wspaniałe dni!

Czerwony szlak kotłem Łomniczki nie jest zbyt trudny. Jedynie pod koniec, gdy zaczynają się zakosy, jest ciężko, ale to krótki odcinek. Nasz klub pokonał go, chociaż nie bez większych trudności. Bliźnięta Julia i Konrad śmigały po kamieniach jak kozice. Gdy my mozoliliśmy się po zakosach walcząc z opornymi mięśniami i płucami o jeszcze jeden oddech, dzieciaki wbiegły na Kopę, szybko spenetrowały okolice schroniska, zostawiły swoje plecaki i zbiegły do nas. Ze zdumieniem zauważyły, że my jesteśmy prawie w tym samym miejscu. I wtedy, bez żadnej zachęty z naszej strony, wzięły od Andrzeja gitarę (targał ją od samego dołu wraz ze swoim bagażem), od Wandy plecak i śmignęły jeszcze raz do góry.

Gdy wspięliśmy się w końcu na Równię pod Śnieżką, większość uczestników z ogromnym przekonaniem twierdziła, że dzisiaj nie ruszy się z miejsca, a już o wejściu na Śnieżkę na wschód słońca nie ma mowy! Twierdzili, że są wycieńczeni i mają wyplute płuca. Jednak już po trzech godzinach wszyscy wypoczęci, odświeżeni i najedzeni, maszerowali Drogą Jubileuszową w kierunku Strzechy Akademickiej. Nikt nie narzekał, zachwytom nad górami nie było końca. Rzeczywiście, kolory przyrody w tym intensywnie przezroczystym powietrzu były przepięknie nasycone. Po prostu cudowne.

Poszliśmy spacerkiem, bez plecaków, do Strzechy Akademickiej,  wypiliśmy piwo, część zeszła do Samotni, aby kolejny raz podziwiać piękno kotła Małego Stawu.

Pokoje w schronisku Dom Śląski były głównie wieloosobowe. Były też damsko – męskie. I tam było najweselej. Zwłaszcza wtedy, gdy trzeba było się przebrać…  Ale co tam, jesteśmy wszak prawdziwymi turystami i nie przejmowaliśmy się takimi drobiazgami jak jakiś biustonosz czy majtki. 

 Integracja

Po powrocie ze spaceru cały klub rozsiadłszy się wygodnie w pięknej sali schroniska, rozpoczął zwyczajową integrację. Najważniejszą częścią imprezy było przyjęcie do klubu Heleny. Z uwagi na chore gardło Helenka przygotowała nie piosenkę, lecz śmieszne dykteryjki o tej części ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Potem był obowiązkowy hymn klubowy, następnie swobodne śpiewanie pieśni. Dziwne, ale Thomas płakał przy niektórych naszych wykonaniach. Myślę, że ze wzruszenia. Andrzej przygrywał na gitarze, my darliśmy się, piliśmy piwo i inne trunki, a za oknami cały czas widzieliśmy Śnieżkę w gasnącym świetle dnia.

 Powitanie wschodu słońca

Gdy  położyliśmy się o 22, nikt nie mógł zasnąć z wrażenia. O drugiej nad ranem zerwaliśmy się z łóżek i już po 10 minutach wszyscy byli gotowi do drogi. O wiele za wcześnie, jak się potem okazało. Cichutko wyszliśmy ze schroniska tylnymi drzwiami, zamykając je za sobą otrzymanym od właściciela kluczem. 

Na zewnątrz mogliśmy zobaczyć jak wygląda prawdziwa noc. Na Równi pod Śnieżką, zwykle z kłębiącymi się setkami turystów, było cicho i pusto. I ciemno. Nie było świateł latarni, z żadnych okien nie padało światło. Schronisko stało ciemne. Na aksamitnie czarnym niebie miliony gwiazd, nad Śnieżką sierp księżyca. Zachwyt odebrał nam mowę. Gdy wyszliśmy nieco wyżej, świecąc sobie pod nogi latarkami, zobaczyliśmy światła cywilizacji w Kotlinie Jeleniogórskiej. A nad tym wszystkim wąskie pasemko różowego przedświtu. Piękno tej nocy zachowaliśmy na zawsze w swoich sercach.

Wchodziliśmy powoli na Śnieżkę drogą letnią, która gwarantowała nam bezpieczne wejście. Na szczycie, podczas oczekiwania na słoneczną kulę, wspomnieliśmy z wdzięcznością Wolfganga  z Niemiec. To on wpadł na pomysł oglądania świtu na Śnieżce. Na cześć Wolfganga Róża Bazaltowa wzniosła trzykrotne hip, hip, hura!

Świt rozjaśniał się powoli i niezauważalnie. Stopniowo rozpoznawaliśmy zarysy talerzy schroniska, wyciągu, kapliczki. Robiło się coraz zimniej, zaczął wiać wiatr. Niektórzy powkładali czapki i rękawiczki. Było około 5 stopni.

Mimo, że było bardzo pogodnie, nie zobaczyliśmy  słonecznej kuli. Nad kotliną wisiał gęsty smog, który przesłaniał sporą część nieba.  Mimo to byliśmy zadowoleni. Cel został osiągnięty, słońce zostało przez nas powitane.  

Do schroniska wróciliśmy po godzinie czwartej. Tym razem usnęliśmy twardo. Trzeba wypocząć, bo przed nami cały dzień wędrówki.

 Dzień drugi

Gdy o dziesiątej rano wyruszaliśmy na szlak, słońce stało już wysoko. Niebo było ciemnoniebieskie, bez żadnej chmurki. Wiedzieliśmy, że dzisiaj da nam popalić.

Nasz szlak prowadził nad Małym Stawem, poprzez Słonecznik, do schroniska Odrodzenie na Przełęczy Karkonoskiej.  Tam dotarliśmy mocno zmęczeni, ale chłodnym piwem i solidnym posiłkiem uzupełniliśmy nadwątlone siły. Teraz czekało nas zejście. Droga była równa i nieco utwardzona, lecz bardzo stroma. Teraz uruchamiały się mięśnie dookoła kolan, mocno też pracowały uda.  Plecaki ciążyły coraz bardziej, mimo że ubyło z nich całe jedzenie.  W miarę schodzenia robiło się coraz goręcej. Gdy w kocu zeszliśmy do Jagniątkowa, okazało się że tutaj jest zwalający z nóg upał. Na szczęście zaraz przyjechał nasz bus. Miał klimatyzację! 

Nieludzko zmęczeni, ale usatysfakcjonowani, późnym popołudniem dotarliśmy do Złotoryi. Pod powiekami wciąż mieliśmy wspaniałe panoramy Karkonoszy.

 Podsumowanie

Nowa członkini Klubu Helena Tyc.

Zofia, najstarsza z nas, okazała się najsprawniejsza.

Przez dwa dni przeszliśmy w sumie ponad 35 kilometrów.

Liczne zakwasy mięśniowe, które należy wyleczyć, aby wziąć udział w następnym rajdzie.

Agnieszka Młyńczak

Więcej o rajdach Klubu Górskiego „Róża Bazaltowa” można przeczytać na naszej stronie www.rozabazaltowa.blox.pl

 

Na czerwonym szlaku. W tle śniezka, na której bedziemy witac wschód słońca   fot. A. Młyńczak

Na czerwonym szlaku. W tle Śnieżka, na której będziemy witać wschód słońca fot. A. Młyńczak

 

Nikt nie mówił, że będzie łatwo   fot. Bogumiła Kopka

Nikt nie mówił, że będzie łatwo fot. Bogumiła Kopka

To chyba sam wielki Karkonosz włynął na urodę naszych uczesniczek   fot. A. Młyńczak

To chyba sam wielki Karkonosz wpłynął na urodę naszych uczestniczek fot. A. Młyńczak

Tradycyjna integracja wraz z ceremonią przyjęcia Heleny do klubu   fot.A.Młyńczak

Tradycyjna integracja wraz z ceremonią przyjęcia Heleny do klubu fot.A.Młyńczak

Thomas płacze ze wzruszenia przy polskich pieśniach   fot.A.Młyńczak

Thomas płacze ze wzruszenia przy polskich pieśniach fot.A.Młyńczak

Wschód słońca ze Śnieżki   fot.B.Kopka

Wschód słońca ze Śnieżki godz. 3.12 fot.B.Kopka

Komentowanie wyłączone.